» 6. kolejka Premier League - podsumowanie
-
Plotki transferowe - lato 2026
-
Ta ostatnia niedziela. Tottenham - Everton.
-
Koniec jest bliski. Chelsea - Tottenham.
- zobacz więcej wiadomości
Jak co środę, redakcja zaprasza do lektury podsumowania kolejnej serii gier na boiskach Premier League. Dziś o derbach Liverpoolu, a także północnego Londynu.
Zacznijmy podsumowanie zgodnie z kolejnością meczów. Zatem na początek:
DERBY LIVERPOOLU
W Anglii o derby nietrudno. Jedne są ważne, inne ważniejsze (bo nie ma nieważnych). Zdarza się, że niektóre drużyny (Fulham) odbierają nam przyjemność oglądania ich w potyczkach z lokalnymi rywalami w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jest jednak taki mecz, taka rywalizacja, która trwa nieprzerwanie i należy do kategorii "tych ważniejszych". Mowa tu o derbach Merseyside - Liverpool vs. Everton.
W ubiegły weekend, to The Toffees odwiedzili Anfield. Drużyna Roberto Martineza miała stawić czoła zespołowi Brendana Rodgersa. Warto podkreślić, że od kilku sezonów rywalizacja tych dwóch ekip staje się nie tylko gratką dla miłośników angielskiej piłki, ale jest to także spotkanie ważne w kontekście pierwszej czwórki ligi. Evertonowi brakło niewiele, by dostać się do Champions League w ubiegłym sezonie. Piąta lokata to bez wątpienia coś, co było zaskoczeniem dla wielu sympatyków ligi. Prowadzący The Toffees Hiszpan zostawił za sobą m.in. Tottenham i wielki (co prawda nie w tamtym sezonie) Manchester United. Miejsce poza czwórką dało jednak możliwość gry w Lidze Europy. Czy tak młody menedżer jak Roberto Martinez udźwignie presję ciążącą na zespole i będzie tak skutecznie rotował składem, żeby udało się powtórzyć wyczyn sprzed roku? Przekonamy się wkrótce.

Jeśli mówimy o sukcesie Evertonu, który zajął piąte miejsce, czymże wobec tego jest awans drużyny Rodgersa do czołowej czwórki i otarcie się o tytuł? Niewątpliwie szokiem jeszcze większym, niż wysokie miejsce wspomnianego rywala zza miedzy. I komu tu gratulować? Rodgersowi? Być może to jego zasługa. Liverpool bowiem grał pewnie, nie bał się nikogo i niczego. Żadna obrona nie była w stanie zatrzymać dwójki Suarez - Sturridge, którzy wspierani byli dodatkowo przez młodego Sterlinga. Tak było w tamtym sezonie. A teraz? Suarez sprzedany, Sturridge kontuzjowany, a Sterling... A Sterling ma naście lat i nie jest to rozsądny pomysł, by nastolatka obarczać ciężarem gry i to nie byle gdzie, bo w Premier League. Talentu temu chłopakowi odmówić nie można, byłoby to bowiem nielogiczne. To, co ten młodziak wyprawia, czasem przechodzi nasze oczekiwania, aczkolwiek nie wiem, czy pokusiłbym się - jako menedżer - o powierzenie gry zespołu w jego ręce (a może nogi). Suareza nie ma, Sturridge'a nie ma, ale jest Balotelli. Ostatnio natknąłem się na bardzo sympatyczną statystykę, która pojawiła się w stacji SkySports. Zgodnie z nią, Włoch w ostatnich 20 meczach w Premier League (razem z tymi w Manchesterze City) oddał 63 strzały na bramkę rywali. "Super, dużo strzela" - pomyśleli kibice Liverpoolu. Niekoniecznie, ponieważ z tych ponad pięciu tuzinów prób, tylko jeden strzał znalazł się w siatce. Wspomniana statystyka dowodzi temu, dlaczego Liverpool nie zachwyca tak, jak w poprzednim sezonie. Mówiąc krótko i dość kolokwialnie: Suarez > Balotelli.
Co do samego meczu, bez niespodzianki. Remis 1-1 z przebiegu gry jest wynikiem sprawiedliwym. Jeśli ktoś może mówić o szczęściu większym, lub mniejszym, to zdecydowanie jest to Everton. Pierwsza część meczu raczej pod dyktando The Reds. Groźne, szybkie skrzydła, żywiołowy i pełen energii Sterling, stabilni Gerrard i Henderson. Wszystko tak, jak powinno być. Poza Balotellim, ale o nim pisałem wcześniej. Jedyne, czego brakowało u Liverpoolu to wykończenie. Kilkakrotnie Włoch dostawał wyśmienite podania, które aż prosiły się o skontrowanie ich w stronę bramki. Raz nie trafił w piłkę, drugi raz trafił, ale za słabo, a za trzecim razem w ogóle nie oderwał się od ziemi. Do 45 minuty - bezbramkowo. Druga połowa wydawała się nieco bardziej wyrównana. Wciąż jednak brakowało skuteczności (z obu stron). Przyszła 65 minuta i zobaczyliśmy w Merseyside pierwszą bramkę, której autorem był Steven Gerrard. Anglik kapitalnie wykonał rzut wolny z około 20-23 metrów i pokonał Tima Howarda. Liverpool nie popełnił błędu i nie stracił koncentracji w obronie do 90 minuty. Bardzo dobrze. Jednak warto podkreślić, że mecz nie kończy się w 90 minucie, tylko wtedy, gdy sędzia zagwiżdże po raz ostatni. The Reds najwyraźniej zapomnieli o tym, ponieważ po 90 minucie jakby kompletnie odpuścili. O tym, że gra się do ostatniego gwizdka, przypomniał gospodarzom Phil Jagielka. Takich bramek, jaką zdobył doświadczony Anglik, nie zdobywa się codziennie. Wrzutka w pole karne, zamieszanie, wycofanie piłki przed szesnastkę (nawet nieco dalej) i ni stąd, ni zowąd - BOOM! Rakieta odpalona przez środkowego obrońcę i zarazem kapitana Evertonu ląduje w okienku bramki Simona Mignoleta. Mamy doliczony czas gry, Everton wraca ucieszony po zdobytej bramce na własną połowę, sędzia nakazuje wznowienie gry od środka, po czym sięga po gwizdek po raz drugi i oznajmia koniec meczu. Derby zakończone, emocje zaczynają opadać. Everton wraca na Goodison Park (daleko nie mieli) z jednym, ale jakże cennym punktem.
DERBY LONDYNU
Czy jest ważniejszy mecz dla kibica Arsenalu, lub Tottenhamu, niż starcie tych dwóch drużyn? Na ten mecz czeka się cały sezon, niezależnie czy kibicuje się tym z czerwonej, czy białej części Londynu. I oto wyczekiwanie zostaje nagrodzone. 27 września - Tottenham jedzie na The Emirates!
Arsenalowi udało się wygrać ostatnie spotkanie, w którym to zmierzyli się z Aston Villą Birmingham. Kanonierzy zwyciężyli 3-0 i pewni siebie oczekiwali meczu z Tottenhamem, który uległ u siebie drużynie WBA. Na Villa Park trafił Danny Welbeck, który był dotychczasową zagadką, niewiadomą pozostawała jego forma. Jednak odblokował się na stadionie w Birmingham i spodziewano się tego, że uda mu się trafić także przeciwko - powszechnie znanej z częstych błędów - obronie Tottenhamu. Co oprócz Welbecka mogło zaskoczyć? Z całą pewnością usadzenie na ławce Alexisa Sancheza. Mimo wszystko (Liga Mistrzów), Spurs nie są drużyną, którą można zlekceważyć i przeciwko niej wystawić "drugi garnitur". Patrząc na ogół składu - Wenger podszedł do spotkania zupełnie poważnie. Zawodnicy wystawieni przez niego grają w podstawowej jedenastce, wyjściowa linia obrony została zmieniona tylko ze względu na kontuzję Mathieu Debuchy'ego. W jego miejsce pojawił się wcale nie gorszy - Calum Chambers. Jednak dalej można zachodzić w głowę - czemu nie ma Sancheza? Można uznać go za tego Jokera z talii Francuza, który trzyma Chilijczyka na mecze Ligi Mistrzów. Z całą pewnością nie można podważać decyzji tak doświadczonego szkoleniowca, jak Wenger. Wie on, jak grać na kilku frontach, zatem wiedział także co robi, sadzając swojego asa na ławce. Co by nie mówić - Arsenal był faworytem. Zawsze wyżej w lidze, w Champions League, stadion bardziej rozbudowany, większe gwiazdy w zespole... Wszystko powinno być do jednej bramki.

W Tottenhamie bojowo. Na podbój Emirates! Po trzy punkty! Zaraz zaraz... przegraliśmy z WBA - zejdźmy na ziemię. Warto przypomnieć, że Spurs mają na swoim koncie sukces w pucharze Anglii. Wiadomo - Nottingham nie Arsenal, ale zawsze to lider Championship. Zwycięstwo 3-1 podbudowało zespół. Nie ma tu co do tego wątpliwości. Co można powiedzieć więcej? Warto podkreślić trudne zadanie Pochettino, który podobnie, jak Wenger, musiał odpowiednio rotować składem, ponieważ w czwartek jego zespół czeka mecz w fazie grupowej Ligi Europy. Przed Argentyńczykiem staje jednak wyzwanie, w postaci Arsenalu. Podczas przeglądania listy zgłoszonych zawodników, uwagę przykuwa nazwisko Ryana Masona. Wiedziałem, że Anglik jedzie z drużyną na Emirates. Jednak nie ukrywam, że kiedy prezentowano jedenastki obu zespołów - zdziwiłem się. Debiut w Premier League i to przeciwko Arsenalowi. Cóż, nie mnie to kwestionować, ani z tym dyskutować, bo moja decyzja na temat selekcji jest warta tyle, co zeszłoroczny śnieg. Z drugiej strony - Mason to wychowanek. A czy może być coś bardziej motywującego, niż mecz (ba! Debiut w Premier League!) z odwiecznym rywalem, w barwach ukochanego klubu? Raczej nie, a pewno nie w Anglii. Wracając do samego meczu i przedmeczowej atmosfery - Tottenham skazywany był na porażkę i to dotkliwą.
Pierwszy gwizdek zabrzmiał na Emirates. Dwudziestu dwóch zawodników wybiegło na boisko i zaczęła się słynna, londyńska rywalizacja, pomiędzy dwoma odwiecznymi rywalami. Tottenham pod wodzą Pochettino zawsze wysoko atakujący, naciskający przeciwnika na jego połowie, dużo biegający. I to właśnie taki Tottenham - został w szatni. Na murawę w Londynie wybiegła inna drużyna. Roztropna, spokojna i dość - jak na dotychczasowe standardy - głęboko cofnięta. Co pierwsze rzuciło się w oczy, to z pewnością wyśmienita dyspozycja Hugo Llorisa i całej linii obrony. A zwłaszcza Younesa Kaboula i Jana Vertonghena. Od początku meczu pewnie stali na nogach, wygrywali pojedynki w powietrzu, dając tym samym spokój Francuzowi między słupkami. Cała drużyna spisała się w pierwszej połowie świetnie. Powiedziałbym, że doskonale, gdyby do gry więcej wnosił Emanuel Adebayor, który - gdyby zaledwie lepiej przyjął piłkę - miałby idealną okazję do zdobycia bramki. Nie ukrywam, że jego gra nie przypada do gustu. Nie jest to z pewnością ten Adebayor z poprzedniego sezonu, który w najtrudniejszych momentach wyrastał spod ziemi i strzelał bramki. Postawa Erika Lameli też pozostawia wiele do życzenia. Wracając krótko do bramek - świetnie założony pressing, w odpowiednim momencie i pada bramka. To jest to, czego oczekuje się od drużyny, która przez większość meczu się broni. Trafnych decyzji, udanych ataków. Przy bramce dużą zasługę miał Christian Eriksen, który zaliczył odbiór pod polem karnym rywala. Piłka trafiła do Erika Lameli, ten przedłużył podanie do Nacera Chadliego, a będący ostatnio w wyśmienitej formie strzeleckiej Belg, kończy akcję strzałem w długi róg bramki. Teraz tylko się nie rozkojarzyć i nie zrobić "powtórki z Sunderlandu". Udało się. Prowadzenie utrzymane, ale niestety tylko do 74 minuty. Oxlade-Chamberlain strzela nie do obrony, ale trudno się dziwić, skoro dano mu swobodę na siódmym metrze od bramki. Bramka w dużej mierze była dziełem przypadku, jednak jeśli można się przyczepić do kogoś, to tylko do Lameli, który tak niefortunnie wybił piłkę spod bramki, że ta trafiła pod nogi Sancheza, który wiedział, jak dostarczyć ją w pole karne. Więcej o meczu, w artykule "Subiektywnie o derbach", na stronie głównej naszej strony.
WYNIKI:
Liverpool 1-1 Everton
Chelsea 3-0 Aston Villa
Crystal Palace 2-0 Leicester
Hull City 2-4 Manchester City
Manchester United 2-1 West Ham
Southampton 2-1 QPR
Sunderland 0-0 Swansea
Arsenal 1-1 Tottenham
WBA 4-0 Burnley
Stoke 1-0 Newcastle
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze