» 4. kolejka Premier League - podsumowanie
-
Plotki transferowe - lato 2026
-
Ta ostatnia niedziela. Tottenham - Everton.
-
Koniec jest bliski. Chelsea - Tottenham.
- zobacz więcej wiadomości
Czy były emocje? To raczej pytanie z kategorii tych retorycznych. Nie ma w Premier League weekendu, który nie dostarczałby kibicom dawki emocji i gęsiej skórki. Podobnie rzecz miała się i w czwartej kolejce rozgrywek w jednej z najlepszych lig świata. Piłkarze, trenerzy (a jak się później okaże, także i kibice) zapewnili sympatykom angielskiego futbolu mnóstwo wrażeń. Począwszy od meczu "na szczycie" pomiędzy Kanonierami, a Obywatelami i skończywszy na zaciekłym spotkaniu na KC Stadium, w którym swoje siły mierzyły drużyny Hull i West Ham.
Miało być widowisko... i było!
Już podczas losowania terminarza sezonu, myśl o spotkaniu tym powodowała uśmiech na twarzach kibiców. Arsenal - Manchester City. Pojedynek wybitnych taktyków, dwóch zespołów fantastycznie usposobionych ofensywnie. Zapowiadało się wybornie.
Na The Emirates przyjeżdża mistrz Anglii. Arsene Wenger i Manuel Pellegrini zasiadają na ławkach trenerskich, a 22 zawodników wybiega na murawę, by walczyć o niebagatelne trzy punkty z godnym siebie rywalem, tworząc przy tym świetne widowisko. Zdarza się, że mecze zbyt rozdmuchiwane przez media kończą się marnym dla oka kibiców wynikiem 0:0. Narzeka się na nudę, szachy, powszechne już "autobusy" i wiele innych, tego typu spraw. Tu jednak każdy kibic, który oglądał to spotkanie miał prawo do powiedzenia, że obejrzał wyśmienite widowisko.

Strzelanie zaczęło się w 28 minucie. Ku uciesze fanów z Manchesteru, do bramki Wojciecha Szczęsnego trafił Sergio Aguero. Mimo licznych szans, piłkarze Arsene'a Wengera schodzili do szatni w niezbyt optymistycznych nastrojach, bowiem nie udało im się doprowadzić do wyrównania. 15 minut, które do swojej dyspozycji miał szkoleniowiec Arsenalu wystarczyło jednak, by nieco zmienić obraz gry. Gwizdek sędziego, rozpoczynający drugą część spotkania, jakby odmienił Kanonierów. Pewna postawa poskutkowała i w 63 minucie Jack Wilshere doprowadził do wyrównania, a niespełna siedem minut później, prowadzenie gospodarzom zapewnił Alexis Sanchez. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Do 83 minuty, kibice Arsenalu świętowali trzy punkty. Wówczas to Martin Demichelis skierował piłkę do bramki Polaka i uciszył Emirates. Czas, który pozostał do końcowego gwizdka nie wystarczył, by przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron. Mecz zakończył się wynikiem 2-2 i mimo tego, że sympatycy drużyn nie mogli się poszczycić trzema punktami, z pewnością mogli powiedzieć, że warto było pofatygować się na stadion i obejrzeć "kawał dobrej piłki".
Oh you, Spurs...
Wiadomo nie od dawna, że życie kibica Tottenhamu nie należy do najłatwiejszych. Podczas gdy inni kibice zasiadają w pubach, przy kuflu, bądź szklance wszelakich trunków, sympatycy Kogutów często wolą usiąść w domu i zaparzyć sobie dobrą melissę. Sobota, 13 września do takich dni należeć nie powinna, bowiem Tottenham pojechał na Stadium of Light, gdzie miał zmierzyć się z lokalnym Sunderlandem, z którym wygrał ostatnio w lidze aż 5-1. Melissa zatem nie była koniecznością.

Jeszcze nie zdążyliśmy się rozsiąść w fotelu, a już wypadałoby wstać. Druga minuta meczu, podanie Erika Lameli z prawej strony boiska do Emanuela Adebayora w okolice 20 metrów, strzał na bramkę, dość nieudane wybicie piłki przez Vito Mannone, dobitka Nacera Chadliego i koguty prowadzą 1-0. Świetnie, teraz nie możemy zwolnić tempa i spróbować zdobyć jeszcze więcej. Jak się okazało dwie minuty później, już nie możemy spróbować - a musimy, ponieważ Adam Johnson przedryblował dwóch obrońców Kogutów i skierował piłkę do bramki. Nie można powiedzieć, że nie było przy tej bramce wiele przypadku, ponieważ futbolówka przemknęła pod nogami Younesa Kaboula, po rękach Hugo Llorisa, a ułamki sekund dzieliły Danny'ego Rose'a od wybicia jej z linii bramkowej. Niestety, stało się. Znów mamy remis i trzeba szukać swoich szans. Przyszedł czas na drugą połowę spotkania. Tottenham znów zaczyna pewnie, kontroluje grę i przynosi to efekt, w postaci bramki Christiana Eriksena. Lillywhites znów na prowadzeniu. Tym razem koncentracja nie zawiodła i Czarne Koty nie zaskoczyły defensywy Spurs. Nadeszła jednak 82 minuta i fatalny zbieg okoliczności. Rzut wolny po faulu Etienne'a Capoue obok pola karnego, bronionego przez graczy Pochettino. Dobre, mocne dośrodkowanie, piłka sukcesywnie mija zawodników w powietrzu, aby spaść pod nogi Harry'ego Kane'a i następnie wylądować za linią bramki, strzeżonej przez Hugo Llorisa. Pomimo ofensywnych starań gości, końcowy rezultat nie uległ zmianie. Tottenham wraca na White Hart Lane z jednym punktem i oddala się od czołówki tabeli.
Rewelacja i rozczarowanie kolejki
Rewelacja kolejki: Manchester United
"Nareszcie". Prawdopodobnie to właśnie słowo wypowiedziała większość kibiców Manchesteru United, po końcowym gwizdku w meczu z QPR. Było widać różnicę na boisku. Znaczącą i wyraźną. Taką, jakiej wymaga się od wielokrotnego mistrza Anglii. Równe, wysokie tempo przez całe spotkanie, stwarzanie sobie szans w ataku i solidna obrona. Taki Manchester chcemy oglądać. Widać, że pieniądze, jakie zostały wydane na transfery, nie przepadły. Louis van Gaal rozpoczął już w swoim warsztacie pracę nad nowymi, Czerwonymi Diabłami i są efekty jego wysiłku. Co prawda przeciwnik nie był zbyt wymagający, jednak mając na uwadze fakt, że ostatnio ciężko (a nawet bardzo ciężko) było z Burnley, to można śmiało powiedzieć, że jesteśmy świadkami wyraźnego postępu.

Rozczarowanie kolejki: Newcastle United
#PardewOut. Właściwie ten ostatnimi czasy popularny hashtag wyraża wszystko, co można napisać o Srokach po ich ostatnich "wyczynach". Ciężkie dni przyszły na St. James' Park. Drużyna z aspiracjami na europejskie puchary, bo o takich planach otwarcie mówiło się przed sezonem, zajmuje ostatnie miejsce w lidze. Po czterech kolejkach ligowych, na koncie drużyny Alana Pardew znajdują się zaledwie dwa oczka. Kibice Newcastle przeżywają kryzys i rozpoczynają się protesty, które wymierzone są w stronę szkoleniowca drużyny z St. James' Park. Sympatycy Srok domagają się zwolnienia Anglika. Wiele mówi się o powrocie do Premier League Tony'ego Pulisa, który może zastąpić Pardew na stanowisku menedżera Newcastle.

Porażka 4-0 z Southampton, była większym wymiarem kary, niż w meczu z Manchesterem City. Święci zdominowali Sroki w stu procentach. Owszem, Newcastle próbowało zmienić losy meczu, jednak na próżno. Drużynie brakowało życia, energii... Z całą pewnością nie było to Newcastle, jakie pamiętamy choćby z poprzedniego sezonu. Coś nie układa się w drużynie i widać to gołym okiem. W takich przypadkach, zwykle odpowiedzialność ponosi trener, który traci swoją posadę. Nie zapowiada się na to, aby w przypadku Newcastle było inaczej.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
w tę* ?
szkoda, że nie ma opcji edytowania... ![]()
Przyjemnie się to czytało, brawo za wkładanie w tą stronę serca 